Krym

0
3

Każdemu, kto nigdy nie miał przyjemności jeżdżenia koleją po krajach byłego Związku Radzieckiego, polecam podróż na Krym (lub z powrotem) pociągiem. Podróż na trasie Lwów-Symferopol trwa około 24 godziny i jest niezapomnianym przeżyciem dla osób przyzwyczajonych do usług PKP. Koleje ukraińskie są zdecydowanie bardziej punktualne od polskich, dworce zadbane, a dodatkowo na większości mijanych stacji można wyjść na peron i zaopatrzyć się w prowiant na dalszą podróż- m. in. tradycyjne pirożki – bułeczki z nadzieniem: mięsem, kapustą czy dżemem. Najpopularniejsza klasa wagonów – tzw. plackartne oferuje przejazd w wagonie sypialnym bez przedziałów, więc można poczuć się jak we wspólnocie. Bardzo łatwo odnajduję tutaj towarzysza do wspólnego spędzenia czasu, a po dłuższym biesiadowaniu okazuje się że bariera językowa w ogóle przestaje istnieć – można zatem bez kłopotu omówić przygotowania do turnieju piłkarskiego, który razem z Ukraińcami organizujemy w 2012 roku. Jak w każdym społeczeństwie – w tym wagonie również występuje pewna hierarchia. Najniżej znajdują się osoby, którym trafiło się miejsce w korytarzu przy toalecie. Na szczycie – Pani prowadnica, czyli kierowniczka wagonu, zwykle wymagająca od podróżnych sporej dyscypliny. Spełniam jej wymagania, co przy wysiadaniu na stacji docelowej zostaje nagrodzone uroczym uśmiechem.

Po przybyciu do Symferopolu – stolicy Autonomicznej Republiki Krymu, z racji jego braku dostępu do morza, szybko kieruję się na południe, w kierunku Sewastopola, po drodze zahaczając jeszcze o Bakczysaraj, dawną stolicę chanów krymskich. Okazuje się, że ta niewielka miejscowość, położona w wąwozie między dwoma łańcuchami Gór Krymskich, ma do zaoferowania sporo atrakcji. Jedną z najważniejszych jest kompleks pałacowy, a w nim m. in. harem oraz najważniejszy na całym półwyspie – Wielki Meczet Chan-Dżami, obowiązkowa pozycja dla zwiedzającego okolicę Tatara. Idąc dalej wgłąb wąwozu, natrafiam na interesujące trasy do naturalnej wspinaczki, a już na górze – atrakcyjne miejsce noclegowe w skale. Każdemu amatorowi kamiennych ruin polecam odwiedzić okoliczne, umiejscowione na wzgórzu skalne miasto – Czufut Kale – najlepiej zachowane i najłatwiej dostępne na Krymie, z bardzo interesującą historią. Niektóre ze znajdujących się tam izb posiadają jeszcze sufity, więc można wejść do środka.

Sewastopol, jak przystało na główną bazę czarnomorskiej floty, okazuje się być dużym, pięknie położonym nad zatoką miastem. Ze świetności tejże floty nie pozostało jednak już zbyt wiele – okręty w większości nadają się już do remontów lub na żyletki. Tego stanu rzeczy nie widać na szczęście z poziomu statku wycieczkowego płynącego między łodziami podwodnymi, niszczycielami i resztą pozostałej floty, toteż rejs po zatoce zapiera na ten widok dech w piersiach.

Skoro mowa o okrętach, bardzo ciekawym miejscem, do którego następnie trafiam jest dawna baza okrętów podwodnych, a obecnie Muzeum Marynarki Wojennej w Bałakławie, położonej na południowo-zachodnim wybrzeżu Krymu. Bazę kazał w 1956 roku wybudować Stalin, do budowy użyto najlepszego rodzaju betonu, a sama baza została wykuta w skale, toteż wybierając się na wycieczkę, do środka koniecznie zabieram ze sobą ciepły polar – temperatura wewnątrz znacząco kontrastuje z panującymi nieprzerwanie krymskimi upałami. Spore wrażenie robią doki oraz długie, betonowe korytarze i zamykające je gigantyczne wrota. W niektórych pomieszczeniach znajdują się wystawione do obejrzenia elementy wyposażenia statków a także makiety okrętów. Można też natrafić na podwodną torpedę i usiąść na niej okrakiem, przy czym należy uważać na swoje spodnie.

Dotarłszy do południowego wybrzeża Krymu, kieruję się wzdłuż niego, na wschód. Cały czas towarzyszy mi wielki upał, toteż w każdejz odwiedzanych miejscowości, pierwszym miejscem do odwiedzenia jest plaża, gdzie w bardzo czystej wodzie Morza Czarnego można ostudzić organizm. Plaże na Krymie zazwyczaj są kamieniste, rzadziej piaszczyste, a zdarzają się też niestety miejsca dość mocno wybetonowane.

Do Ałupki, która słynie z pięknego, zielonego od różnorakiej roślinności parku, docieram marszrutką – małym zatłoczonym busikiem. W dalszą podróż do Jałty zabiera mnie statek wycieczkowy. Może nie jest to nowa jednostka, ale sprawia wrażenie bezpiecznej, poza tym płynie wzdłuż wybrzeża i można podziwiać widoki. Jeden z ciekawszych znajduje się w miejscowości Gaspra – to tutaj znajduje się Jaskółcze Gniazdo- wysoka skała nad samym brzegiem morza, a na jej szczycie miniaturowy, średniowieczny zameczek. Fotografia tego obiektu jest obowiązkowo umieszczana na każdej pocztówce z Krymu. Oczywiście, jak to na Ukrainie, okazuje się, że to nie zameczek, tylko restauracja i nie średniowieczna, a zbudowana na początku XX stulecia.

Dalej statek zbliża się już do Jałty, jednego z największych kurortów byłego ZSRR. Być moż
e dlatego że miasto musiało pomieścić wszystkich towarzyszy, otaczające je wzgórza porośnięte są blokowiskami. Przy brzegu natomiast znajduje się ogromna ilość hoteli najróżniejszych kształtów, przy czym niektóre z nich nadal nie zostały dokończone. Gdy mój mały statek przybija do brzegu, w tym samym momencie, wraz z pozostałymi uczestnikami rejsu obserwujemy jak gigantyczny wycieczkowiec wypływa na pełne morze. Okazuje się, że Jałta nadal jest bardzo obleganym miejscem, w końcu jest odwiedzana przez ponad 2 mln turystów rocznie. Ciekawostką jest fakt, że Jałtę łączy z Symferopolem najdłuższa na świecie linia trolejbusowa, której całkowita długość wynosi ponad 90 km. Na osobnym dworcu kupuję w kasie bilet na konkretną godzinę wraz z miejscówką i już mogę się nacieszyć dwuipółgodzinną podróżą trolejbusem nr 52 na trasie Jałta-Symferopol.

W stolicy Krymu jestem ponownie tylko przejazdem, chcę stąd od razu udać się pociągiem na północny wschód półwyspu, nad Morze Azowskie. Szczęśliwie, na peronie jestem świadkiem odjazdu pociągu firmiennego „Krym” relacji Symferopol-Moskwa. Wydarzeniu temu towarzyszą tutaj istne fanfary- z kolejowych głośników dobiegają dostojne rytmy marsza.

Pociąg z Symferopolu wiezie mnie do miejscowości o wdzięcznej nazwie Lenino, w dalszą drogę udaję się autobusem. Ostatnim celem tej podróży jest Szczołkino – miasto położone na Półwyspie Kazantyp, przy pięknej, piaszczystej, pokrytej muszelkami plaży. Woda w morzu Azowskim jest co prawda trochę mętna, ale za to bardzo ciepła. Dodatkowo, morze to jest bardzo płytkie – 100 m od brzegu woda nadal sięga do pasa.Po pojawieniu się na dworcu autobusowym w Szcziołkinie wszyscy przyjezdni zostają momentalnie otoczeni szczelnym kordonem kobiet w sile wieku, zwanych pieszczotliwie Babuszkami, a które to kobiety oferują bardzo tanie noclegi w posiadanych w okolicy kwartirach. Najbliższe kilka nocy spędzam zatem w dwupokojowym mieszkaniu, którego wystrój może nie jest najnowocześniejszy, ale za to jest wyposażone m. in. w telewizor i znajduje się blisko targowiska, gdzie naprawdę tanio można się zaopatrzyć w owoce zarówno morza jak i te lądowe. Odwiedzam też okoliczne lokale gastronomiczne oferujące tradycyjną kuchnię – przede wszystkim bliny – wielkie, cieniutkie naleśniki z mięsem, płow – ryż utopiony w tłuszczu z marchewką i mięsem.

Szcziołkino, podobnie jak Prypeć w okolicy Czarnobyla, swoje istnienie zawdzięcza powstaniu elektrowni atomowej i konieczności zatrudnienia w niej od zaraz sporej liczby pracowników. I również jest ofiarą ówczesnego ustroju, bo powstało od zera w 1978 roku, zostało zaludnione, po czym na skutek protestu ekologów, przerwano budowę jedynego żywiciela miasta, czyli owej elektrowni, której żelbetowe konstrukcje można dziś niemal zwiedzać. Trzeba się z tym spieszyć, bo Panowie pracujący przy wywozie elementów metalowych nie próżnują – mają do tego celu nawet dźwig. Oferują co prawda wpuszczenie i oprowadzenie po budynkach z niedoszłym reaktorem, ale za kosmiczne pieniądze i raczej bardzo nieoficjalnie. Ciekaw jestem, czy sami mają zezwolenie na przebywanie na tym terenie. Inną ciekawostką dotyczącą elektrowni jest fakt, że odbywał się tutaj festiwal muzyczny Kazantip. Organizatorzy chwalili się, że scenografia kosztowała miliard dolarów – na tyle bowiem szacowane były koszty budowy tego miejsca.

Tutaj kończy się moja dwutygodniowa wędrówka, w czasie której absolutnie zakochałem się w Ukrainie. Piękne krajobrazy, a pośród nich mieszkańcy o bardzo luźnym podejściu do życia, w tym do wszelkich przepisów. Przechodzące ulicami kobiety zawsze w wieczorowym makijażu i pantofelkach na obcasie. No i te wszechobecne żółte beczułki z kwasem chlebowym. Nie mogę się doczekać kiedy tutaj wrócę!

TEKST: Tomasz Wierzbik,
FOT.:Aleksandra Klusińska

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here